Pracując w ogrodzie zaznajomiliśmy się z okolicznymi kotami. W końcu to nie tylko kontakt z florą, ale i fauną. Opierając się na domysłach zastanawialiśmy się, które z nich mają dom, a po których widać, że ewidentnie im go brakuje. Niektóre z kotów, które odwiedzały ogród regularnie zyskały też swoje imiona np. Szrama, Szary, Kitka to niektóre z nich. Zimą wszystkie mogły liczyć na dokarmianie. Byliśmy otwarci na to, żeby któregoś z nich przygarnąć. Jednak nie chcieliśmy robić tego na siłę, czekaliśmy na odpowiedni moment. W taki właśnie sposób poznaliśmy naszego ukochanego kota Atencjusza.

Na początku mieliśmy problem z imieniem, ale w końcu pojawił się pomysł, że będzie to Atencjusz. Słysząc tą propozycję stwierdziłam od razu, tak to jest to. Choć z definicją tego słowa łączą się negatywne konotacje, w tym przypadku dla nas słowo i tym samym imię Atencjusz ma tylko i wyłącznie pozytywne znaczenie. Wprawdzie kot zabiega o naszą uwagę i chwała mu za to, że wzbudza w nas atencję. Poza tym nadajemy mu też różne pseudonimy: Pimpel. Bombel Haris, Kot Pimpot.

Potrzebował pomocy

Kota przygarnęliśmy w połowie maja zeszłego roku. Ewidentnie wyglądał na zwierzaka potrzebującego pomocy. Był wychudzony, a jego sierść mówiła sama za siebie – jestem chory. To pozwalało nam sądzić, że nie ma domu, a jeśli jakimś cudem ma, to właściciel się nim nie interesuje. Na początku odwiedzał nas mniej więcej trzy razy dziennie. Jak tylko dostrzegliśmy go przez okno cmokaliśmy na niego, a on biegł czym prędzej bo zapewne wiedział, że czeka na niego coś do jedzenia.

Pozwalał pogłaskać się po głowie, łasił się i przesiadywał obok, ale z czułości to by było na tyle. Po dwóch tygodniach został już na stałe. Spędził w naszym ogrodzie praktycznie cały dzień i w końcu zaakceptował domek, który dla niego kupiliśmy. Zaaplikowaliśmy mu też kropelki na odrobaczenie. Lato upłynęło nam na wspólnym czasie w ogrodzie, a Atencjusz co jakiś czas zmieniał miejscówki popołudniowych drzemek. Najczęściej można go było znaleźć między bukszpanem, a pigwowcem, pod gipsówką, oliwnikiem, czy budleją. Natomiast wraz z zachodem słońca wskakiwał na murek skąd obserwował okolicę, by w razie czego móc przegonić inne koty. Nasze więzi zacieśniały się. Z czasem barankował i witał nas pogruchiwaniem.

Kot Atencjusz

Choć trudno nam było go nie zagłaskać (szczególnie mnie), to jednak trzeba było się powstrzymać. Liczył się przecież komfort i szczęście kota. W naszej relacji dzień 1 sierpnia okazał się być ważną datą. Tego dnia pierwszy raz położył się nam na kolanach. Potem już codziennie na nie wskakiwał i stało się to uwielbianym przez nas rytuałem.

Czując się pewniej w naszym towarzystwie Atencjusz coraz bardziej wykazywał zainteresowanie domem. Na początku zamieszkał w tzw. altanie, czyli w pierwszym pomieszczeniu domu. Jednak, gdy zrobiło się zimno pozwoliliśmy mu na to, by zamieszkał też i w jego pozostałej części. Cieszę się jednak, że układ domu pozwala na zamknięcie drzwi do kuchni. Utrzymanie tego głodomora z dala od jedzenia jest sporym wyzwaniem.

Weterynarze i leczenie

W listopadzie przyszedł czas na wizytę u weterynarza. Na pierwszy rzut oka i po wstępnym badaniu weterynarz stwierdził, że Atencjuszowi nic nie dolega. Zalecił odrobaczenie i podstawowe szczepienia. Jednak pewien szczegół zwrócił jego uwagę. Podczas osłuchiwania zdiagnozował szmery w okolicach serca i zalecił, by sprawdzić to u kardiologa. Zaznaczając jednak, że nie jest to coś z tym trzeba się spieszyć. Jednak nam ta informacja nie dawała spokoju. Chcieliśmy w miarę możliwości jak najszybciej to sprawdzić. Po dwóch tygodniach udaliśmy się do kardiologa, o którym wspomniał weterynarz twierdząc przy tym, że w naszym mieście żadna lecznica się w tym nie specjalizuje. Wierząc mu na słowo udaliśmy się do przychodni oddalonej o 40 kilometrów.

Badanie USG nie wykryło niczego niepokojącego. Jednak echo serca wskazało na obecność płynu w klatce piersiowej wokół serca. Zdaniem Pani weterynarz było go jednak zbyt mało, by móc bezpiecznie pobrać jego próbkę. Atencjusz miał też mieć zrobione RTG klatki piersiowej, ale ze względu na płyn w klatce przez kolejne dni miał przyjmował tabletki, które miały pomóc w jego usunięciu. Tak więc na badanie mieliśmy zjawić się za dwa tygodnie robiąc też w międzyczasie zlecone badania krwi dotyczące nerek i tarczycy.

Do tej pory Atencjusz wydawał się być zdrowym kotem. W momencie, gdy zaczął przyjmować tabletki, które miały między innymi działanie moczopędne z dnia na dzień podupadł na zdrowiu. Wizyta u kardiologa była w piątek, a w środę jego stan był krytyczny. Na szczęście udało nam się znaleźć kociego kardiologa w naszym mieście, którego szybka reakcja uratowała mu życie.

W piątek Atencjusz przyjął pierwszą tabletkę, a w sobotę zaniepokoił mnie jego oddech. Odniosłam wrażenie jakby w pewnym momencie słyszała poświstywanie, Uznałam jednak, że pewnie panikuję. Tak się złożyło, że od niedzieli do wtorku byłam w szpitalu na planowanym wcześniej zabiegu i przez ten czas żyłam w przekonaniu, że wszystko jest okej. Moja druga połówka nie chciała mnie zamartwiać swoimi obawami dotyczącymi niepokojących objawów Atencjusza. Będąc w szpitalu i tak bym nic nie zrobiła. Niestety po powrocie do domu wyraźnie było widać, że coś jest z nim nie tak. Stracił apetyt, a potem w ogóle przestał jeść. Informowano nas, że po tych tabletkach będzie więcej sikać i tak rzeczywiście było, ale też doszło do odwodnienia. Najgorsze w tym wszystkim było to, że miał problemy z oddychaniem. Biedak w tym wszystkim nie mógł znaleźć sobie miejsca, Nie był wstanie nawet leżeć co chwilę wstając z miejsca.

Mieliśmy szczęście, że w środę przed południem udało nam się zawieść go do miejscowego kardiologa. Czekając na wieści o jego stanie zdrowia w domu obchodziliśmy od zmysłów obawiając się tego co najgorsze. Na niczym innym nie byliśmy się w stanie skupić. Na szczęście wieczorem otrzymaliśmy telefon, który dawał nam nadzieję, że będzie dobrze. Jak się okazało odciągnięto mu z klatki piersiowej około 150 ml ropy. Bez tego praktycznie w każdej chwili mógł się udusić. Dzięki temu duszności już prawie minęły. Pozytywne było też to, że zaczął jeść. Natomiast zadziwiała podstawowa morfologia krwi, jak na jego stan była bardzo dobra. Atencjusz spędził w lecznicy dwie noce. W piątek unosząc się ze szczęścia nad ziemią mogliśmy zabrać go do domu.

FIV

W perspektywie mieliśmy trzy tygodniową terapię antybiotykami i wizyty kontrolne. Oczekiwaliśmy też na wyniki ważnych testów. W tym FIV (wirus nabytego niedoboru immunologicznego kotów ,FeLV (białaczkę) i FCoV (koci wirus, który może wywołać zakaźne zapalenie otrzewnej). Niestety okazało się, że Atencjusz jest nosicielem FIV, określanego jako zespół niedoboru odporności, a potocznie zwany jest kocim AIDS, ponieważ przypomina ludzką odmianę tej choroby. FIV nie stanowi jednak zagrożenia dla ludzi i nie możemy się nim zarazić. Za to on ma na tyle osłabioną odporność, że nie powinien przyjmować szczepień. W jego przypadku prędzej mu zaszkodzą niż pomogą.

Mimo FIV i tak cieszyliśmy się, że Atencjusz wrócił do formy. Po przyjęciu wszystkich antybiotyków i na wizycie w styczniu w jego klatce piersiowej nie było śladu ropy. Zniknęły wszelkie osłuchowe szumy. Teraz jednak czekała go kastracja, by nie zarażał kotek i nie płodził kolejnych nosicieli FIV. Na szczęście wszystko przebiegło pomyślnie i pozostaje pod opieką lecznicy, w której uratowano mu życie.

Będąc dzieckiem marzyłam o kocie, nie mogłam go jednak mieć, ponieważ mój tata hodował gołębie i nie chciał, by były płoszone przez kota. Teraz marzenie się spełniło i z całego serca pragnę, by Atencjusz był z nami, jak najdłużej. Kochamy tę jego “kociowatość”!